43. Zostanie blizna

Profesor McGonagall spojrzała na mnie zaskoczona. Zerknęła jeszcze na kubek w swojej dłoni i usiadła na stołku, odruchowo przesuwając ręką po spódnicy, jakby próbowała coś z niej strzepnąć. Nie mogąc znieść jej wzroku, wróciłem do jedzenia. Chwilę jeszcze milczała, chociaż nie rozumiałem do końca, czemu moje pytanie tak ją zdziwiło.
– Mogę go spytać. Ale ostatnio wpada tu tylko po eliksir i znika.
W jej tonie było coś niepokojącego. Do tego stopnia, że przez moment nie byłem w stanie przełknąć tego, co miałem w ustach. Zamiast załagodzić, tylko powiększyła moje zmartwienie. Nie rozumiałem, dlaczego Syriusz jeszcze ani razu mnie nie odwiedził. Od pełni minęły już cztery dni i zaczynałem tęsknić. Ten idiota coraz częściej śnił mi się na wiele dziwnych sposobów. Miałem wrażenie, że coś jest nie tak, i strasznie bałem się, że tym razem mam rację.
Ale nie mogłem nic zrobić. Dopiero tego dnia zacząłem poruszać nogami, które do tej pory ciążyły mi jak dwie przytroczone do ciała, nieruchome kłody. Właściwie to nie samymi kończynami nawet, a sinymi wciąż palcami u stóp. Cieszyłem się, że przez pierwsze dni tak dużo spałem albo byłem zamroczony lekami. W poniedziałek, gdy świadomość kalectwa, wryła się w moją czaszkę, spanikowałem i spędziłem prawie każdą przytomną chwilę na próbach poruszenia nimi. Pod koniec dnia biłem się pięściami po goleniach, niemal krzycząc z przerażenia.
Zresztą, nawet gdybym jakimś cudem zdołał ześlizgnąć się z łóżka, zapewne i tak kręgosłup nie byłby w stanie utrzymać mnie w pionie. Miejsce, w którym jeszcze niedawno widać było gołe kości i mięśnie, nieprzyjemnie swędziało i nikt, nawet pani Collins, nie był w stanie ulżyć mi w tym dyskomforcie. Coś mówiło mi, że moje ciało potrzebowało jeszcze chociaż paru dni, by wrócić do pełni sił.
Jestem pewna, że nikomu innemu nie udałoby się odzyskać pełnej sprawności. Można powiedzieć, że masz szczęście.
Takimi słowami pielęgniarka skomentowała tego ranka moje szybko postępujące zdrowienie. Chyba nie udało mi się powstrzymać cierpkiego uśmiechu. Była drugą osobą, która nazwała moje wilkołactwo szczęściem. Miałem nadzieję, że nigdy więcej nie usłyszę tego sformułowania.
Wyjście lub jakakolwiek inna próba kontaktu z Syriuszem nie wchodziły w grę. Co prawda przez krótką chwilę myślałem już, by poprosić profesor McGonagall o udostępnienie mi jej sowy, ale ten pomysł wydał mi się wyjątkowo głupi, więc dałem z sobie spokój. Chciałem jednak jakoś doprowadzić do spotkania. Zwłaszcza, skoro Syriusz tyle dla mnie robił. Chociaż pal go sześć, najbardziej w tej całej sytuacji zaskoczyło mnie zachowanie pani profesor.
Do tej pory Minerwa McGonagall wydawała mi się osobą, która pod żadnym pozorem i pod żadnym naciskiem nie dopuściłaby się złamania jakichkolwiek zasad, czy to prawnych, czy moralnych. Dlatego kiedy usłyszałem o jej w pełni autorskiej intrydze, zatwierdzonej przez dyrektora, w pierwszej chwili nie mogłem zrozumieć, jak do tego doszło. Nie chodziło już nawet przecież o łamanie regulaminu szkoły, a o coś więcej. O małe naginanie reguł tego świata. A już na pewno mojego świata.
– Będę wdzięczny, pani profesor. Trochę… Trochę mi tu samotnie, a on jest jedyną osobą, której nie krępowałbym się poprosić o dotrzymanie mi czasem towarzystwa. – Nie wiedziałem dlaczego, ale wypowiadając te zdania, zupełnie straciłem chęć do jedzenia. – Chyba już więcej nie zmieszczę.
– Leki odbierają ci apetyt? – Czarownica wstała, podała mi kubek z eliksirem i odstawiła tacę na bok.
– To chyba to. Poza tym, skoro leżę i nic nie robię już kolejny dzień z rzędu, nie muszę tyle jeść.
– Wiesz, że pani Collins prosiła mnie, żebym dopilnowała twojej diety.
– Czuję się o niebo lepiej. Leki działają szybko, jak zwykle.
Nauczycielka skinęła w końcu głową, chociaż nadal nie wyglądała na przekonaną.
– Idzie już pani? – spytałem, kiedy zaczęła poprawiać kołdrę na moich nogach i odwróciła się, by podnieść tacę.
– Mam parę rzeczy do załatwienia, ale obiecuję, że porozmawiam z Syriuszem. Pani Collins powinna niedługo przyjść zmienić opatrunki.
Skinąłem głową, chociaż nie mogła tego widzieć, bo właśnie znikała za drzwiami. Odetchnąłem głęboko i zapadłem się w poduszki. Znowu czułem to nieprzyjemne kłucie w piersi, jakby coś miało mi ją rozsadzić, chcąc się wydostać. Wiedziałem, że przesadziłem i że Syriusz na pewno stara się po prostu być ostrożny, jednak z tyłu mojej głowy wciąż kłębiły się myśli o tym, że nie chce mnie widzieć. Nadmiar wolnego czasu, który teraz miałem, wyjątkowo mnie dręczył i powiększał tylko moją paranoję.

Pierwszego kontaktu z Syriuszem doświadczyłem dopiero następnego dnia – w środę. Profesor McGonagall przyniosła mi po południu stos notatek, które należały do Syriusza. Przyznała, że chciała z chłopakiem porozmawiać, ale zniknął, jak straciła go z oczu. Przekazał jej tylko notatki pod koniec zajęć, mówiąc, że na pewno mi się przydadzą. Musiałem bardzo, ale to bardzo powstrzymywać się przed sprawdzeniem, czy kartki pachną lawendą, nim czarownica wyszła. Jak tylko udała się na kolację, zostawiwszy przy mnie tacy z posiłkiem, przytknąłem nos do zapisanego pergaminu, zaciskając powieki z przejęcia. Miałem wrażenie, że jeśli nie poczuję tego zapachu teraz, zaraz, to po prostu umrę z tęsknoty.
Ale nie umarłem, bo lawenda rzeczywiście przylgnęła do czubka mojego nosa, pokrywając wkrótce też moje policzki, usta i brodę. Opadłem twarzą w poduszki, trzymając kartki blisko siebie. Pierwszy raz od pełni poczułem całkowity spokój, który kompletnie wypełnił moją świadomość, skutecznie odgradzając mnie od wszelkich zmartwień i bólu, który nagminnie czułem przez ostatnich kilka dni. Nagle wszystko wydało mi się być na swoim miejscu, mimo że wciąż przecież leżałem sam w łóżku w cudzej sypialni i byłem niezdolny do tego, by choćby stanąć na nogach o własnych siłach. Przesunąłem palcami po materiale poduszki, usilnie starając się wyobrazić sobie, że Syriusz leży tuż obok i patrzy, jak zasypiam.
Niestety, wkrótce ułuda zaczęła blednąć pod naciskiem obolałej rzeczywistości. Uchyliłem powieki, starając się nie pogrążyć na powrót w depresyjnym nastroju. Ostatecznie to, że Black tak szybko zniknął z oczu pani profesor, kiedy chciała z nim porozmawiać, mogło oznaczać, że Syriusz rzeczywiście nie chciał mnie widzieć ani nawet o mnie słyszeć.
Prędko odgoniłem od siebie tę myśl. Przecież nie zrobiłem nic złego.
Nigdy nie widziałem Syriusza notującego cokolwiek na zajęciach, a jednak wszystko na kartkach zapisane było może trochę koślawym, ale dokładnym pismem w sposób, który nie pozostawiał wiele do życzenia. To znaczyło, że o mnie myślał. Myślał o tym, że muszę wiedzieć, co działo się na lekcjach. Przecież nie zrobiłby tego dla mnie, gdyby mnie z jakichś powodów przestał… Przestał lubić.
Starałem się, naprawdę się starałem, skupić na notatkach, ale tak naprawdę cały czas myślami byłem daleko, odtwarzając w głowie każdą minutę, każdą sekundę nawet sprzed kilku dni. Przypomniałem sobie, jak zły był na mnie w Halloween i jak poirytowało go to, że zaprosiłem Regulusa na wspólne oglądanie filmu. Wielokrotnie przypominałem też sobie moje zachowanie tuż sprzed pełni, kiedy byłem dla niego taki opryskliwy z powodu Poppy i tego, jak bagatelizował jej wypadek.
Ale zaraz po tej scenie następował przecież pocałunek, który mi dał, kiedy widzieliśmy się ostatni raz. Wyraźnie pamiętałem to, jak niepewnie obejrzał się na McGonagall i, nie mogąc się powstrzymać, pochylił się i pocałował mnie czule. Tylko w policzek, wiem, ale tak na korytarzu, tak zaraz za plecami nauczycielki. Nie rozumiałem, dlaczego ten gest wydawał mi się teraz tak bardzo romantyczny, ale nie mogłem powstrzymać serca, które zaczynało mocniej wybijać swój rytm na każdorazowe wspomnienie tych kilku sekund.
Nie, niemożliwe, że Syriusz był na mnie zły.

– Boli cię? Nie możesz się przemęczać. – Pani Collins podtrzymała mnie w obawie, że nagle runę na ziemię.
– Trochę. Ale nie nieznośnie. Czuję dziwny ucisk. – Ostrożnie sięgnąłem w stronę mojej kości ogonowej.
Pielęgniarka usadziła mnie z powrotem na materacu i przyjrzała się mi uważnie. W końcu skinęła głową.
– I tak to duży postęp. Zrobiłeś parę kroków, na dzisiaj wystarczy.
Westchnąłem cierpiętniczo, czując się jak niespełna dwulatek, który wciąż zatacza się na swoich małych, grubych nóżkach. Wiedziałem, że to, co mówi pani Collins, jest prawdą, ale wciąż wstyd było mi nie potrafić nawet samemu iść do łazienki. Fakt, że pielęgniarka niemal natychmiast załatwiła ten problem czarami, zupełnie mnie nie pocieszał, a dodatkowo krępował.
– Jak tak dalej pójdzie, w weekend będziesz mógł wrócić do dormitorium. – Profesor McGonagall uśmiechnęła się do mnie. Do tej pory stała przy drzwiach, przyglądając się moim pierwszym krokom po wypadku, ale teraz podeszła do pryczy, na której z pomocą pani Collins się pokładałem, i wyciągnęła zza pleców tabliczkę czekolady z Miodowego Królestwa. Uniosłem wysoko brwi, niepewnie po nią sięgając.
– Nie musiała pani.
– Zasłużyłeś na trochę przyjemności – powiedziała, uśmiechając się delikatnie, najwyraźniej zadowolona moim tonem, który całkowicie zdradzał podekscytowanie. – Poza tym mam dobrą nowinę.
– Naprawdę? – Wstrzymałem się z rozerwaniem sreberka tylko z grzeczności i szacunku do czarownicy. Tak naprawdę dłonie mi drżały na myśl o pysznej czekoladzie, której smaku aktualnie nawet nie byłem w stanie sobie przypomnieć. Kobieta skinęła głową.
– Syriusz powiedział, że chce się z tobą jutro zobaczyć.
Niekontrolowanie zacisnąłem palce na kartonowym pudełku. Chyba uśmiechnąłem się trochę zbyt szeroko, bo profesor McGonagall na początku wyglądała na bardzo zaskoczoną, a następnie wydała z siebie lekkie prychnięcie, zdradzające jej rozbawienie.
– To naprawdę dobra nowina – zgodziłem się, nie mogąc powstrzymać bieganiny myśli. Czarownica skinęła głową i obejrzała się na panią Collins, sprzątającą po zmianie opatrunków. – Dziękuję, pani profesor.
– Nie masz mi za co dziękować, Remus. Przecież nie musiałam go namawiać. Sam do mnie przyszedł. Wyglądał na nie mniej poruszonego niż ty. Żałuję, że w szkole nie miałam tak dobrego przyjaciela. – Nauczycielka wstała i złożyła ręce przed sobą. – Tymczasem czekają mnie jeszcze eseje do sprawdzenia.
– Nie potrzebuje pani pomocy? – spytałem odruchowo, chociaż po chwili zrozumiałem, że wykazałem się niemałą naiwnością. Czarownica jednak tylko pokręciła głową i uśmiechnęła się.
– Będzie mi cię brakować tutaj pod ręką. Chociaż wolałabym, żebyś nie wracał w podobnych okolicznościach. – Przeszła do drzwi i pożegnała się cicho, wychodząc.
Byłem podekscytowany obietnicą spotkania z Syriuszem już następnego dnia. Zamiast postarać się uspokoić, wyciągnąłem spod poduszki notatki od chłopaka i długo leżałem z nimi przed twarzą, nawet nie starając się ich czytać. Zasnąłem późno, mając pod powiekami dobrze znaną mi silną, lawendową sylwetkę i uroczy uśmiech z ostrym kłem po lewej stronie.

Musiałem czekać cały dzień, aż do końca zajęć. Dostając obiad, nie byłem pewien, czy z emocji mój żołądek będzie w stanie cokolwiek w siebie przyjąć, ale ostatecznie po pierwszym kęsie przekonałem się, że mogę rozmyślać o Syriuszu nawet z pełnymi ustami. Profesor McGonagall zajrzała do mnie tego dnia zaledwie po to, by rano przynieść mi śniadanie, a podczas zajęć, kolejny posiłek. Tak więc jej gabinet w dużej mierze stał pusty.
Słysząc pukanie około szesnastej, podskoczyłem na łóżku. Nadzieja zmieszała się we mnie z odrobiną strachu. Nie wiedziałem, czy powinienem odpowiadać. Co jeśli to nie byłby Syriusz, a na przykład profesor Quint? Prawdopodobnie najgorsza osoba, która mogłaby dowiedzieć się o moim wilkołactwie.
Osoba nie zapukała ponownie, a zamiast tego nacisnęła na klamkę i otworzyła drzwi ze skrzypnięciem. Usłyszałem ciche kroki na kamiennej posadzce. Wstrzymałem oddech, nasłuchując. Podskoczyłem znowu, kiedy ktoś zapukał w drzwi sypialni. Rozejrzałem się na boki i po chwili chwyciłem za różdżkę, leżącą na stoliku nocnym.
– Remus? – znajomy głos dochodził tuż zza ściany. Całe napięcie, które we mnie tkwiło, ustąpiło miejsca euforii.
– Syriusz. – Zadrżałem, wypowiadając to słowo, w nadziei, że zachęci ono chłopaka do wejścia.
Drzwi otworzyły się i stanął w nich starszy z Blacków, nieco niepewnie zaglądając do środka. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, wszedł do pomieszczenia, zatrzaskując za sobą drzwi, i w sekundę przemierzył cały pokój. Stanął nad łóżkiem, chcąc mnie objąć, ale po chwili zawahał się, zamierając w połowie drogi i badając uważnie bandaże na moim ciele. Nic mnie nie obchodziło, a już na pewno nie to, jak zabolałby mnie jego uścisk, więc sięgnąłem po niego i przyciągnąłem jego ciało do siebie. Ból w boku i plecach był bardzo znośny, a już zwłaszcza kiedy do moich nozdrzy dotarł zapach odurzającej lawendy.
– Syriusz – powtórzyłem teraz trochę ciszej. Chłopak ścisnął mnie mocniej, wywołując kolejną falę bólu, od której zakręciło mi się w głowie. Zacisnąłem tylko powieki, starając się to zignorować. – Tak strasznie tęskniłem – powiedziałem, gdy dyskomfort nieco zmalał. – Nie przychodziłeś.
– Nie – odparł prosto z jakimś dziwnym tonem. Jeszcze chwilę tkwiłem w jego ramionach, ale gdy dotarł do mnie mocny akcent, który Black położył na tym słowie, zmarszczyłem brwi i rozluźniłem uścisk. Chłopak odsunął się ode mnie odrobinę, opierając wciąż jednak dłonie na moich plecach. Spojrzał mi w oczy. Zobaczyłem jakąś walkę, która toczyła się w jego źrenicach. Ten jego wewnętrzny konflikt sprawił, że nie byłem pewien, czy jest stęskniony, czy poirytowany i skrzywdzony, bo wszystkie te emocje płynnie w siebie na zmianę przechodziły.
– Co się stało? – zadałem to pytanie, mimo że strasznie bałem się odpowiedzi. Syriusz nagle odwrócił wzrok, jakby dłużej nie mógł znieść mojego i przygryzł dolną wargę. Wydawał się zagubiony, a mnie zachciało się płakać, bo cała panika, którą karmiłem sumiennie przez ostatnie dni, uderzyła we mnie w jednej chwili.
– Nic się nie stało – odezwał się w końcu po, jak dla mnie, małej wieczności. – Merlinie, jak ja się cieszę, że cię widzę. – Dopadł do mnie znowu, nie dając mi czasu na wyrażenie wątpliwości. Stanąłem przed wyborem: mogłem skonfrontować się z nim albo dać pochłonąć się lawendowemu ciepłu, które płynęło w obejmujących mnie ramionach. Zacisnąłem palce na jego szacie z tyłu.
– Czemu…
– Byłem przerażony. Widziałem cię. Widziałem cię zaraz, jak cię przynieśli. – Nagle chłopak ścisnął moje ramiona i spojrzał mi w twarz. Tym razem nie zdążyłem powstrzymać grymasu bólu. Syriusz szybko cofnął obie dłonie. Jego twarz wyrażała strach. Oczy otworzył szeroko, a usta wykrzywił w tak żałosny sposób, że nie wiedziałem, czy zaraz się nie rozpłacze. – Myślałem, że jesteś martwy. Że przynieśli zwłoki. – Złapał się za twarz, paznokcie wbijając w swoje czoło.
– Przepraszam, ja…
– Przepraszasz? – Opuścił dłonie, uderzając nimi z głośnym plaśnięciem w uda. – Przecież to nie twoja wina, Remus, dziecinko… Jak mogłeś w ogóle pomyśleć… Nie, to całkowicie moja wina. Powinienem był pójść z tobą. Powinienem był wezwać pomoc prędzej!
– Nie, proszę, uspokój się.
– Uspokój? Nie puściłem McGonagall, póki mi nie powiedziała, co się stało. – Syriusz wydał mi się w tamtym momencie szalony. Emocje na jego twarzy zmieniały się tak szybko, że przypominały źle sklejoną taśmę filmu z losowymi kadrami. – Leżałeś tam zupełnie sam przez kilka godzin. Wykrwawiałeś się powoli. Jestem pewien, że nigdy nie będę w stanie wyobrazić sobie bólu, który czułeś.
Żal, panika, złość i zrezygnowanie zamieniały się miejscami z każdym jego nowym słowem. Musiałem go jakoś powstrzymać, bo nagle zamiast radości, którą czułem jeszcze minutę temu, zacząłem się bać. Bać jego i tego, co mu tym wypadkiem zrobiłem.
– Syriusz. Proszę cię, posłuchaj mnie. – Chwyciłem jego ramiona jak najmocniej potrafiłem. W pierwszym odruchu starał się mi wyrwać.
– To moja wina, Remus, jak mogłem cię tak zostawić ze względu na McGonagall, Sprout i inne te głupie i zupełnie nieważne powody?
– Przestań, przestań natychmiast.
– Nie, nie wmówisz mi teraz, że nie miałem na to wpływu. Nie wmówisz mi, że nie mogłem tego przewidzieć. – W końcu udało mu się oswobodzić z mojego uścisku.
– Ale nie mogłeś – niemal krzyknąłem, chwytając mocno pościel w ręce ze złości. – Nie jesteś jasnowidzem, Syriusz. Nawet ja nie mogłem tego przewidzieć. Zamknij się – dodałem, widząc, że otwiera usta. Od razu tego pożałowałem, ale korzystając z faktu, że posłuchał, musiałem kontynuować: – Nie wybaczyłbym sobie, gdybyś ze mną poszedł. – Przed oczami zaczęły mi przelatywać różnorakie przerażające obrazki. – Gdybym otworzył oczy, zobaczył cię leżącego gdzieś… – Zakręciło mi się w głowie. – Nie mogłem się poruszyć, nie mógłbym sprawdzić, czy żyjesz, czy wciąż jest dla ciebie szansa, nie mógłbym ci pomóc. Umarłbym wtedy na pewno, przysięgam ci, Syriusz.
– Remus, spokojnie. – Chłopak złapał mnie i ułożył na poduszkach, nim na nie runąłem pod wpływem wszystkich myśli, które kotłowały się pod moją czaszką. – Nie chciałem…
– Nigdy nie chcesz, ale zawsze doprowadzasz mnie do granic wytrzymałości, widzisz? – spytałem powoli między oddechami. Spojrzałem na niego i uśmiechnąłem się lekko, widząc to rodzicielskie przejęcie, którym mnie jak zawsze uraczył. – Ocaliłeś mnie.
– Ja… – Zmarszczył brwi, nie rozumiejąc najwyraźniej.
– Powiedziałeś przecież McGonagall o tym, że jeszcze mnie nie ma. Powiedziałeś jej, żeby po mnie poszła. Cały czas o tobie rozmyślałem, nie tylko jak dowiedziałem się, co dla mnie cały czas robisz.
– Eliksir Wielosokowy? Daj spokój. To nic w porównaniu do tego, ile mogłem ci oszczędzić cierpienia, gdybym w porę zorientował się, że coś jest nie tak.
– Dziękuję, Syriusz. – Chwyciłem jego dłoń w swoje dwie i przytknąłem ją do swojego policzka. Black nareszcie zamilkł i nie wyglądał, jakby miał zacząć zaprzeczać. Odetchnął głęboko i pochylił się, wkrótce przykładając czoło do mojego.
– Kocham cię.
– Mhm, ja ciebie też – szepnąłem i nagle zdałem sobie sprawę, że zupełnie nie czuję zażenowania. Uśmiechnąłem się szerzej na tę świadomość. Przez bardzo długą chwilę nie poruszaliśmy się, wsłuchując się w swoje oddechy. Czułem ciepło emanujące od Syriusza i jego zniewalający zapach. Jego duża dłoń, zamknięta w moich, wydała mi się nagle nierealna. Ale nie otworzyłem oczu, żeby się upewnić. Wiedziałem, że Black jest tuż obok i nic mi go teraz nie zabierze.
Nagle poczułem na swoich wargach jego spierzchnięte usta, które chyba ostatnio przygryzał zbyt często i ze zbyt dużym oddaniem. Po tym, jak chłopak niemal natychmiast pogłębił pocałunek, moje ciało zadrżało, a serce zaczęło pompować karmel do moich żył. Nie byłem pewien, czy czas się zatrzymał, czy wręcz przeciwnie – zaczął pędzić wbrew zasadom, którymi rządzi się świat. Wiedziałem za to, że Syriusz był blisko, że jego dłonie bardzo delikatnie błądziły po moim ciele, a usta przylgnęły do moich, więżąc między sobą nasze języki i gorące oddechy. I to mi zupełnie wystarczało.
Wydawało mi się, że raz albo może nawet kilka razy wypowiedziałem imię chłopaka, które jednak przetoczyło się po moim języku na jego i nigdy nie opuściło przestrzeni między nami. Nagle poczułem krew w ustach. Wydałem z siebie pomruk, który chyba skutecznie posłużył jako dość nieme pytanie, i uchyliłem powieki. Syriusz odsunął się lekko, wycierając czerwoną maź ze swojej wargi.
– Ups.
Pokręciłem głową na naiwność jego przeprosin i oparłem dłonie na swoich policzkach. Prawie tęskniłem za ich gorącem w momentach takich, jak ten – kiedy byłem zupełnie zaczerwieniony. Syriusz oblizał usta i odetchnął głęboko. Zaczął krążyć wzrokiem od moich oczu do ust, jakby zastanawiał się nad kontynuacją pieszczot. W końcu jednak sięgnął dłonią do mojej twarzy i przesunął delikatnie palcem po moim nosie.
– Zostanie blizna.
Zmarszczyłem brwi i dotknąłem miejsca, które wskazywał, czując chropowatą powierzchnię. Westchnąłem i odwróciłem wzrok.
– Bardzo źle to wygląda?
– Lepiej niż się zapowiadało – zapewnił mnie i znowu chwycił moją dłoń. – Myślę, że doda ci tylko uroku, tak jak ta. – Przejechał ręką po mojej szyi.
Zmarkotniałem już zupełnie. Jakoś do tej pory nie myślałem o tym, jak bardzo ucierpiała moja twarz. Będę musiał zapoznać się z nowymi śladami na moim ciele i chociaż spróbować je znosić. Znowu.
– Jak się czujesz?
– Coraz lepiej. Nie musisz się już martwić. – Wróciłem do niego wzrokiem, bo niesmak do własnego wyglądu wyjątkowo bladł przy możliwości patrzenia na idealnego Blacka. – Może wrócę do dormitorium pod koniec tygodnia. Jeszcze nie jestem w stanie sam chodzić.
Ostatnim zdaniem zmąciłem spokój w tęczówkach chłopaka. W myślach przekląłem swój za długi jęzor. Syriusz spuścił wzrok, po czym obejrzał się na drugą stronę łóżka. Puścił moją dłoń i przesiadł się kilka centymetrów dalej, odkrywając powoli moje nogi. Chciałem powiedzieć, żeby przestał, bo poczułem jeszcze większą odrazę do siebie, ale ostatecznie tylko wcisnąłem się bardziej w poduszki i zakryłem usta kołdrą.
Syriusz powoli przesunął ręką wzdłuż mojej łydki i zerknął na mnie, jakby pytając, czy boli. Nie poczułem zupełnie nic, a on chyba w jakiś sposób wyczytał to z moich myśli, bo szybkim ruchem mnie przykrył i opadł ostrożnie na łóżko, przytykając czoło do mojego brzucha.
– Jest mi ciężko – jego słowa były stłumione przez pościel, ale wciąż zrozumiałe. Bez słowa oparłem dłoń na jego głowie. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, bo pamiętałem, co czułem, kiedy leżał w Skrzydle Szpitalnym po meczu Quidditcha. Nikomu nie życzyłem tej goryczy i bezsilności, która nie dawała mi spać przez długie godziny kolejnych nocy. Na pewno nie życzyłem ich Syriuszowi.
– Ostatecznie wszystko się ułoży – zapewniłem go.
Nie wiedziałem, czy mi uwierzył, bo długo jeszcze leżał w tej samej pozycji, ale ostatecznie chyba to nie było w tamtym momencie najważniejsze.

Za ścianą właśnie kończyły się kolejne zajęcia. Wsłuchiwanie się w monotonny głos pani profesor powoli zaczęło mi się nudzić. Tak właściwie to niemal umierałem z nudów. Już parę razy przeszedłem się po pokoju. Wciąż musiałem trzymać się brzegu leżanki, a nogi bardzo mnie bolały, ale właściwie to przede wszystkim czułem, jak zdrętwiały przez dni spędzone w łóżku. To był przyjemny ból, przypominający zakwasy, który znaczył, że żyję i że wkrótce wszystko będzie w porządku.
Rano odwiedziła mnie pani Collins i po dłuższych oględzinach mojego ciała ściągnęła ze mnie resztę opatrunków, nawet ten na plecach. Sięgając na swoją łopatkę, czułem, jak skóra na niej jest gładsza i delikatniejsza. Zresztą podobnie było z moim bokiem i ramieniem. Nowa skóra, która narosła na moje mięśnie, była jaśniejsza i utworzyła mleczne, bezwłose łaty na ciele. Liczyłem, że letnia opalenizna wkrótce ze mnie zejdzie i różnica nie będzie aż tak widoczna. Na szczęście było coraz zimniej, więc perspektywa nałożenia na siebie kolejnych warstw odzienia, by zasłonić ten chaos, nie była aż taka straszna.
Usłyszałem dźwięk przesuwanych krzeseł i w sali lekcyjnej obok nagle podniosły się głosy. Wyglądało na to, że zajęcia dobiegły końca. Westchnąłem i sięgnąłem po nowe notatki, które przyniósł mi poprzedniego dnia Syriusz. Niedługo miałem wrócić do swoich szkolnych obowiązków, więc nie mogłem dłużej marnować czasu na marzenia o lawendzie. Dopiero po chwili, kiedy drzwi gabinetu profesor McGonagall się otworzyły, zauważyłem, że nauczycielka z kimś rozmawiała.
– Słucham, Quint.
Zadrżałem, słysząc to nazwisko. Zwróciłem wzrok w stronę drzwi, które jako jedyne chroniły mnie przed spojrzeniem czarodzieja. Skuliłem się, wstrzymując oddech.
Czego on znowu chce?
– Obawiam się, że twój pupilek, McGonagall, był tym razem bardzo niegrzeczny. I zanim cokolwiek powiesz, pozwól, że ci pokażę.
W sąsiednim pokoju zapadła cisza. Oczywiście zaraz po tym, jak w ścianach przestał wibrować donośny głos profesora Quinta. Czekałem w napięciu, bo to, że czarownica nic nie mówiła, bardzo mnie zaniepokoiło.
– Co to takiego?
– Eliksir Wielosokowy.
Chyba przez chwilę moje serce odmówiło pracy i zatrzymało się w piersi.
Nie.
– Znalazłem to przy Lupinie. A raczej osobie, która przez kilka ostatnich dni nieudolnie go udawała.
– Gdzie on jest? – głos profesor McGonagall był jak zwykle surowy, ale wiedziałem, że to tylko pozory. Nie przypuszczała, że jej intryga wyjdzie na jaw. Zastanawiałem się tylko, co się teraz stanie.
Ciężkie kroki skierowały się w stronę sali zajęciowej, której drzwi wkrótce skrzypnęły. Do gabinetu weszła kolejna osoba. Syriusz.
– Ma pan antidotum? – McGonagall wyszła zza swojego biurka, stając pewnie obok nich dwóch na środku pokoju.
– Wyjątkowo nie miałem czasu go uwarzyć – ton Quinta zdradzał jego zadowolenie, a to nie mogło znaczyć nic dobrego. – Nie szkodzi. Zabiorę go do siebie i poczekam, aż eliksir przestanie działać.
– Nie ma takiej potrzeby. Ja tu zaczekam, skoro ktoś podaje się za mojego ucznia.
– Pani profesor… – Czarodziej otwarcie kpił teraz z nauczycielki, a uśmiech wyraźnie wybrzmiewał w każdej głosce, którą wypowiadał. – Jak powiedziała mi pani całkiem niedawno, nie ma pani czasu na takie dyrdymały. Proszę zostawić tę sprawę mnie.
Za ścianą rozległy się kroki dwóch par stóp. Zastanawiałem się, czy Quint siłą musiał popychać Syriusza, czy może chłopak postanowił współpracować. Znając Blacka, raczej nie byłoby mu w takiej sytuacji do śmiechu. Drzwi zajęczały, ale zanim obaj opuścili gabinet, nauczyciel obrony przed czarną magią dodał jeszcze:
– Ach, jeszcze jedno. Na pewno warto byłoby zlokalizować miejsce pobytu prawdziwego Lupina. Chyba nie zgubiła pani swojego ucznia.
Mogłem wyobrazić sobie tylko twarz pani profesor, kiedy została sama w gabinecie. Usiadłem na leżance i ostrożnie stanąłem na nogach. Wzdłuż ściany przeszedłem do drzwi i zapukałem w nie raz, cicho. Czarownica stanęła w nich chwilę później, patrząc na mnie poirytowana. Była wściekła na Quinta. Tak wściekła, że zmartwienie ledwo odciskało się na jej twarzy, przytłoczone całą złością.
– Pani profesor, musimy coś zrobić. Nie chcę narobić Syriuszowi więcej kłopotów.
– Wiem, Remus. Przecież to był mój pomysł. – Kobieta złapała się za skroń i przysłoniła przez chwilę oczy dłonią, zastanawiając się. – Ubierz się. Syriusz przyniósł ci wczoraj mundurek, prawda? Załóż go. Potrzebujesz pomocy?
– Nie, skąd. – Pokręciłem szybko głową, a ona, widząc zażenowanie na mojej twarzy, sama się zmieszała. Odchrząknęła jednak tylko i zamknęła drzwi, zostawiając mnie samego. Spojrzałem na swoją szatę, ułożoną na szafce w schludną kostkę, i, podążając za radą profesor McGonagall, przysiadłem na brzegu leżanki i przebrałem się. Kiedy wszedłem do gabinetu, pani profesor stała przy oknie, trzymając się za łokcie. Słysząc, że wchodzę do pokoju, spojrzała na mnie i westchnęła.
– Jak się czujesz? – spytała, zerkając na zegarek na swoim nadgarstku.
– Dam radę iść, pani profesor. Proszę mi powiedzieć…
– Mamy dwadzieścia minut. W najlepszym razie. Podmienimy was. – Kobieta zakasała rękawy i podeszła do mnie, by pomóc mi przejść do drzwi.
– Jak chce pani to zrobić? – Naprawdę starałem się iść normalnie, chociaż moje nogi były zupełnie jak z waty.
– Poczekaj tu – nauczycielka uciszyła mnie i pomogła mi wesprzeć się na jednym ze stolików w sali lekcyjnej. Sama wyszła na korytarz.
– Dziękuję, panie Wood. Może pan już iść na kolację – usłyszałem jej słowa. Shon odpowiedział kobiecie krótko i skierował się w głąb korytarzy, w kierunku schodów.
– Nic złego nie zrobiłem – odezwał się kolejny znany mi głos.
William.
– Nie mam tym razem czasu na pana historyjki. Musi pan coś dla mnie zrobić.
– … Ja? – z tonu głosu Willa rozpoznałem, że jest nieziemsko zaskoczony.
– Tak, pan. Bardzo proszę, żeby postarał się pan wyciągnąć profesora Quinta z gabinetu.
– Pani profesor, czemu mam wrażenie…
Słysząc, że chłopak zaczyna mieć ochotę na małe przekomarzanki, wyszedłem zza rogu, wspierając się na framudze drzwi.
– Nie ma czasu – oznajmiłem, skupiając na sobie jego wzrok. Zobaczyłem, jak zadziorny uśmiech znika z jego ust, a jego oczy rozszerzają się. Złapał mnie w ramiona i przytulił mocno, wciskając twarz w moje ramię.
– Remus.
Ja i McGonagall spotkaliśmy się spojrzeniami. Nie powiedziałem jej, że William także wie o moim wilkołactwie, ale wyraźnie, widząc tę scenę, szybko się tego domyśliła i miała bardzo mieszane uczucia. Ale oboje wiedzieliśmy, że nie było czasu na zabawę w pytania i odpowiedzi.
– Will. – Chwyciłem ramiona chłopaka i wpatrzyłem się w jego twarz. – Wyciągnij go z pokoju tak, żebym mógł wymienić się z Syriuszem.
Chłopak skinął głową i zerknął krótko na stojącą obok czarownicę, jakby chciał spytać jeszcze o coś. Ostatecznie jedynie odwrócił się i, chwytając mnie za dłoń, skierował w stronę schodów. Obejrzałem się jeszcze na profesor McGonagall, którą zostawiliśmy zmartwioną za sobą.
– Jesteś niesamowity – stwierdził po chwili Will. – Wciągnąłeś McGonagall w knucie czegoś niedobrego? – Ale nim zdążyłem odpowiedzieć, dodał: – Wszyscy bardzo się o ciebie martwiliśmy. O Syriusza też. Zachowywał się jak obłąkany. Chociaż nie o tym powinienem teraz mówić. – Spuścił wzrok na chwilę, po czym znowu wbił go we mnie. – Jak się czujesz?
– Słabo. Ale o zasięg expelliarmusa* lepiej. – Uniknąłem jego spojrzenia, mimo że wiedziałem, że domyśli się, że wciąż nie jest dobrze. Nie poruszył jednak więcej tego tematu.
– Wyglądasz całkiem nieźle. Powiedz, co się stało.
– Quint znalazł eliksir. – Skrzywiłem się na samą myśl, jak mogło do tego dojść. I to jakiś dzień przed tym, jak miałem wrócić do dormitorium i szkolnego życia. Nie wierzyłem w ogrom mojego pecha.
– Na Insygnia, a mówił, że będzie uważał. Wiedziałem, że to ja powinienem to zrobić, a nie Syriusz. Już pierwszego dnia wiedziałem, że coś spieprzy.
– Nie mów tak.
– Nie widziałeś go, Remus. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle go przy nas nie było. James strasznie się o niego martwił. Ale nie chciał wcale z nami rozmawiać.
Coś ścisnęło mnie za gardło. Nie miałem teraz czasu na rozmyślanie o takich rzeczach. Przez ten ułamek sekundy musiałem się skupić i oszukać Quinta tak, żeby nawet nie zaczął niczego podejrzewać, tylko przyznał się do pomyłki. Nie całkowitej, ale byłem gotów ponieść konsekwencje związane z Eliksirem Wielosokowym.
– Tęskniłem za tobą. Okropnie – William wyrwał mnie z zamyślenia. Zacisnął dłoń na mojej i wpatrzył się we mnie rozczulony.
Świetnie. Znowu jestem powodem zmartwień dla moich najbliższych. To klątwa, której nigdy się nie pozbędę.
– Ja za tobą też. Za wami wszystkimi. Musicie mi koniecznie powiedzieć, co się działo.
– Póki co, ty będziesz mówił o tym, co ci się stało. Syriusz nam nie powiedział. – Chłopak zacisnął zęby, niezadowolony. W jego oczach rozbłysły iskry irytacji.
– Dasz radę wyciągnąć go z gabinetu? – zmieniłem temat, bo nie uśmiechało mi się pytać Williama, czemu jest taki wściekły.
– Oczywiście. Proste jak moja różdżka, jeśli wiesz o czym mówię.
– Chyba…? – Zmarszczyłem brwi, bo myślami byłem zupełnie gdzie indziej.
Will musiał pomóc mi wejść po schodach. Nogi bardzo mnie rozbolały, ale starałem się to zignorować. Nie mogłem wzbudzić podejrzeń Quinta, kiedy już zamienię się z Syriuszem miejscami. Chociaż i tak martwiłem się tym, co powie na blizny na moim ciele. Oczywiście te widoczne – na nosie i szyi.
Weszliśmy w mały korytarz, prowadzący między innymi do gabinetu profesora obrony przed czarną magią – wcześniej Simmonsa, a teraz Quinta.
– Schowaj się tam. – William wskazał na pokój z tajemnym przejściem prowadzącym do ogrodu na dziedzińcu.
Zniknąłem za progiem, dyskretnie obserwując, co dzieje się wokół. Albinos wziął głęboki wdech i nacisnął na klamkę, bez pukania wparowując do środka. Zaraz usłyszałem jego nieprzyjemnie surowy i trochę nazbyt głośny ton, który raczej nie zdarzał mu się często.
– Musisz coś z tym w końcu zrobić!
Po tym zdaniu nie byłem w stanie usłyszeć więcej, bo William zniżył głos, a nauczyciel także cicho mu odpowiadał. Zacząłem zastanawiać się, czy uda mi się wślizgnąć do pomieszczenia dostatecznie cicho. Nogi pulsowały mi bólem i gdyby nie adrenalina wypełniająca teraz mój organizm, pewnie bym zemdlał. Ale nie mogłem sobie przecież teraz na to pozwolić. Musiałem uratować Syriusza.
Nagle drzwi gabinetu otworzyły się, a ja rozwarłem szeroko oczy i, jak później zauważyłem, usta. Przede mną w korytarzu stał mój dokładny sobowtór, który obecnie oglądał się za siebie ze zmarszczonymi srogo brwiami, zawzięcie przygryzając dolną wargę. Całych kilka sekund zajęło mi zrozumienie, że to Syriusz pod wpływem Eliksiru Wielosokowego.
– Syriusz – odezwałem się niepewnie, bo wciąż nie mogłem nadziwić się temu uczuciu bycia poza swoim ciałem. Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony, po czym pochylił się w moim kierunku, patrząc z przestrachem za siebie.
– Co tu robisz? – spytał zdenerwowany, że Quint zaraz pojawi się w drzwiach i mnie zobaczy.
– Musimy się zamienić.
– Co? Nie.
– Musimy. – Złapałem jego ramiona, skupiając na sobie wzrok Blacka. – Jeśli Quint dowie się, że ktoś się pode mnie podszywał zaraz po pełni, może zacząć coś podejrzewać. Muszę tam iść. A ty jak najprędzej idź do McGonagall. Może ma antidotum.
Chłopak zacisnął wargi, ale po namyśle pokiwał głową. Przyglądał mi się uważnie, a ja wciąż tkwiłem w tym dziwnym złudzeniu, że stoję przed lustrem, a odbicie zupełnie nie wykonuje moich poleceń. Te same oczy i ta sama twarz. To samo nieproporcjonalnie wydłużone ciało. Nawet nowe blizny na nosie i szyi. Z letargu wyrwał mnie dopiero Syriusz, który nagle pochylił się i zetknął nasze usta.
Nim rozochocił się na dobre, odepchnąłem go zażenowany.
– Nie, to mnie nie kręci. Zupełnie nie.
Przez chwilę chyba nie wiedział, o co mi chodzi, ale zaraz w jego oczach pojawiły się ogniki rozbawienia, a na ustach szeroki uśmiech, w którym nawet nie wiedziałem, że mogę wykrzywić swoją twarz. Popchnąłem go, zapewne czerwony jak burak.
– Idź już. Nie wiem, ile czasu daje nam właśnie William.
Black obejrzał się na mnie na końcu korytarza, a następnie zniknął za rogiem. Słyszałem, jak równomiernie truchta w stronę schodów. Obejrzałem się na drzwi, które nagle wydały mi się dziwnie ogromne i ciężkie. Poczułem strach, który na szczęście dodatkowo stłumił ból nóg. Mimo to wsparłem się o ścianę. Nie chciałem ryzykować siadania na ziemi. Nie byłem pewien, czy umiałbym podnieść się o własnych siłach. Czekałem więc w osłupieniu, wsłuchując się w rozmowę w sąsiednim pomieszczeniu. Niestety toczyła się niezwykle cicho.
Nie wiedziałem, ile stałem tak, próbując coś dosłyszeć, ale nagle głos Williama zaczął się niebezpiecznie zbliżać. Odskoczyłem od drzwi i spuściłem wzrok. Dyskretnie wymieniłem porozumiewawcze spojrzenia z chłopakiem tuż przed tym, jak niski głos Quinta zaprosił mnie do środka. Zamknąłem za sobą drzwi, czując, jak mocno bije mi serce.
Jak zwykle pokój profesora spowijał mrok. Firany w oknach były zasłonięte niemal całkowicie, zostawiając jedynie cienki snop światła sączący się spomiędzy nich. Ponury dzień, podczas którego padało od samego rana, z pewnością nie rozjaśnił dodatkowo pomieszczenia. Nauczyciel siedział za biurkiem, jak zwykle z palcami splecionymi ze sobą i łokciami wspartymi na blacie. Powolnym gestem wskazał krzesło naprzeciw siebie.
Wstrzymując oddech, poruszyłem się, by usiąść we wskazanym miejscu. Nie byłem pewien, czy mój chód jest wystarczająco naturalny, ale wiedziałem, że jeśli nie, to Quint z pewnością to zauważył. Cały czas wbijał swoje szare spojrzenie w moją twarz, próbując coś z niej wyczytać. Ja przez chwilę, kiedy kroczyłem ku niemu, zastanawiałem się, jak zachować się, by najbardziej przypominać Syriusza, który mnie udawał. Wydało mi się to jakąś wyjątkowo śmieszną komedią, której z pewnością nie spodziewałem się w swoim życiu. Ale z drugiej strony, kto mógłby przypuszczać, że tak skończę?
Zdecydowałem, że Black z pewnością był dla czarodzieja niemiły. Nie znosił go, odkąd ten zaczął zapraszać mnie do swojego gabinetu. Bardzo mu nie ufał i byłem pewny, że nie umiałby udawać choćby obojętnego, jeśli chodziło o Quinta. Idąc tym tropem, nie spuszczałem z profesora wzroku, mimo że zimna stal jego spojrzenia wyjątkowo mnie krępowała. Zacisnąłem zęby. Musiałem wziąć się w garść.
– Mam pewne przypuszczenia, kto tu przede mną siedzi – odezwał się nagle mężczyzna.
Wyprostował się po chwili, a jego barki dziwnie strzyknęły, wywołując moje drżenie. Żeby jakoś zamaskować moje zdenerwowanie i fakt, że naprawdę nie wiedziałem, co zrobić z rękami, splotłem ramiona na piersi i odwróciłem twarz, udając znudzenie. Znowu w gabinecie zapanowała grobowa cisza.
– Nie chcesz wiedzieć? – spytał szeptem, wyraźnie rozbawiony.
Prychnąłem. Zupełnie naturalnie, bo tak właściwie za kogo on się uważał?
– A co mnie to obchodzi? Nie wziąłem go.
– Czyli jednak postanowiłeś się odezwać.
Zamiast go zirytować, chyba tylko dodatkowo dodałem mu odwagi. Czyli Syriusz nawet nie próbował się bronić. To nawet lepiej. Miałem wolną rękę. Zebrałem więc wszystkie siły i wsparłem się dłonią na biurku, pochylając w stronę profesora.
– Nie wypiłem eliksiru. Będzie panu jeszcze głupio.
Zobaczyłem wahanie na jego twarzy. Jego uśmiech zbladł, jakby od razu uwierzył mi na słowo. Dzięki temu ja z kolei mogłem wyszczerzyć się szeroko i pozwolić sobie na złośliwą uwagę:
– Co pan zrobi? Skoro nie wziąłem nawet odrobiny.
– Byłeś w posiadaniu bardzo silnego eliksiru. Żaden uczeń nie powinien się nim bawić. Jeśli powiesz mi, skąd go masz, może zastanowię się nad złagodzeniem kary.
– Nie jestem pana wychowankiem. – Zmarszczyłem brwi, ale on szybko przewrócił oczami, jakby się tego spodziewał.
– Zawsze ta sama śpiewka, co, Lupin? – Pokręcił głową i wstał. Zaczął przechadzać się wzdłuż zasłoniętego okna z dłońmi splecionymi za sobą. – I tym razem ja cię ukarzę.
– Droga wolna. – Spuściłem wzrok. Bałem się coraz bardziej. Bałem się, że nagle stracę tę pewność siebie, którą dało mi parę jego potknięć w tej rozmowie.
– Powiedz mi, skąd go masz.
– Uwarzyłem – skłamałem. Zerknąłem na swoje paznokcie, starając się wyglądać na jak najbardziej niezainteresowanego. Quint zatrzymał się wpół kroku i parsknął śmiechem. Zacisnąłem zęby.
– Ty? Nie dałbyś rady. Poza tym skąd mogłeś mieć recepturę? Najbliższy egzemplarz, w którym może być spis wszystkich składników, znajduje się w dziale ksiąg zakazanych.
Powoli uniosłem na profesora znudzone spojrzenie, a następnie rozłożyłem ręce nieporadnie.
– Ups?
Mężczyzna nie wyglądał na zadowolonego, a raczej poirytowanego. Naparł na biurko całym swoim ciężarem, zasłaniając już kompletnie światło płynące zza jego pleców. Starałem się nie czuć bardzo przytłoczony jego wyższością nade mną, ale mogłem się założyć, że kiepsko mi to wyszło.
– Nie powiedziałeś mi ciągle, czemu tak wyglądasz.
– Słucham? – Odwróciłem wzrok.
– Skąd masz te blizny na twarzy?
– To nie pana sprawa. – Nim zdążyłem powiedzieć coś więcej, przerwał mi bardziej stanowczo:
– Znowu cię pobili? Zabini? Malfoy?
– Umiem się o siebie zatroszczyć – warknąłem, mierząc się z nim na spojrzenia.
Czarodziej wyglądał na rozbawionego. Uniósł brew z niedowierzaniem.
– Można poznać po tym, jak wyglądasz. I po tym, jak często dałeś mi się zaskoczyć na naszym spotkaniu.
– No właśnie… – Zacisnąłem dłonie w pięści, wciąż wytrzymując jego stalowe spojrzenie. – Te spotkania z panem były chyba tylko pretekstem, żeby się nade mną poznęcać, prawda?
Quint nagle spoważniał. Wyglądał na początku na zagubionego, a później nieco się wycofał, nie pochylając się już aż tak bardzo nad biurkiem. Cała jego dławiąca pewność siebie gdzieś wyparowała.
– Zupełnie źle zrozumiałeś moje intencje. Chciałem ci tylko pomóc.
– Naprawdę, pomóc? Bo przez ostatnie dni sprawia pan wrażenie, jakby chciał mi pan dopiec. Nie ufa mi pan. No i jak niby dowiedział się pan o eliksirze? – Tym razem to ja pochyliłem się w jego stronę. – Śledził mnie profesor.
Mężczyzna zacisnął wargi tak, że pobielały, i wbił paznokcie w mahoniowy blat.
– Tak. Bo zachowywałeś się dziwnie.
– Dziwnie? – prychnąłem. – Tak dobrze mnie pan zna, żeby móc to stwierdzić?
– Nie i tak. – W końcu opadł z powrotem na swój fotel. – Ale umiem stwierdzić kiedy czyjeś zachowanie aż tak bardzo się zmienia z dnia na dzień. Widzę szczegóły, których inni mogą nie zauważyć. I dlatego uważam, że to nie ty uczęszczałeś w tym tygodniu na moje zajęcia.
– Nadal liczy pan, że wypiłem eliksir i zaraz przemienię się w zupełnie inną osobę? – Wyzywająco uniosłem brew.
– Nie – odparł stanowczo, splatając dłonie przed sobą. – Dostaniesz karę za posiadanie mikstury i za przebywanie w dziale ksiąg zakazanych, do czego się przyznałeś. Oczywiście jak tylko pokażesz mi, jak to zrobiłeś.
– Jeśli się nie zgodzę?
– Będę musiał skonsultować się z twoją opiekunką i napisać list do twoich rodziców.
W pokoju zapadła cisza. Jeśli to była jedyna cena, jaką będę musiał zapłacić – trudno. Musiałem się zgodzić. Pozostało mi liczyć, że profesor McGonagall uda się coś wymyślić. Tak naprawdę wiedziałem, że będę zmuszony przełknąć długie szlabany, trwające może nawet do świąt. Ale czy to ostatecznie tak źle?
Może spędzę więcej czasu z Syriuszem. Na samą myśl prawie się uśmiechnąłem.
– Dobrze – zgodziłem się, wprawiając tym Quinta w jeszcze gorszy nastrój.

– Zawiesili cię? – William nie mógł powstrzymać rozbawienia, zasłaniając usta dłonią i łzawiąc już od potrząsającego nim śmiechu.
Westchnąłem i przewróciłem oczami, ale ostatecznie się uśmiechnąłem. Widok wszystkich przyjaciół wywoływał przyjemne kołatanie w mojej piersi. James nie odstępował mnie o krok, ściskając mocno moje ramię i uważnie wsłuchując się w każde słowo, które wypowiedziałem.
– Podobno zakradłem się sprytnie nocą do działu ksiąg zakazanych. Pani Lutz potwierdziła nawet, że ostatnio pytałem o niebezpieczne zaawansowane eliksiry, więc to chyba ostatecznie wszystko prawda. – Rozłożyłem ramiona bezradnie.
– Najpierw Syriusz, teraz ty. Wygląda na to, że huncwoci są w szczytowej formie. – Pete pokręcił głową. Mimo wszechobecnego zadowolenia panującego w dormitorium, on wyglądał na odrobinę przygnębionego i odkąd wszedłem, nie spuszczał ze mnie wzroku. – Dobrze się czujesz?
– Nic mi już nie jest. No, prawie. Ale wyglądałem znacznie gorzej. Przynajmniej tak powiedziała McGonagall – odparłem z uśmiechem, którym chciałem go przekonać co do prawdziwości moich słów. Odwzajemnił grymas, ale bardzo niemrawo.
– Urocza kobieta. – James skinął głową i sięgnął do mojej twarzy, znienacka przesuwając palcem po moim nosie. – Zostanie blizna.
– Wiem.
Odwróciłem wzrok, który padł na Syriusza, siedzącego co prawda na tym samym łóżku, ale przy poduszkach, dość daleko. Wpatrywał się we mnie zamyślony, tak jak wtedy, kiedy przyszedł odwiedzić mnie w pokoju McGonagall. Pewnie znowu martwił się tym, co się stało. Chciałem już pobyć z nim sam, ale jednocześnie tęskniłem też za resztą chłopaków, więc odwróciłem wzrok, zdecydowany porozmawiać z nim później. Syriusz i tak sprawiał wrażenie, jakby zupełnie mnie nie widział.
– Opowiesz nam, co się stało? – poprosił Peter, łapiąc mnie znienacka za kolano. Uśmiechnąłem się, nerwowo chwytając za kark. Nie miałem zupełnie ochoty, ale chyba byłem im to winien. Musiałem wyjaśnić im przynajmniej pokrótce, dlaczego znalazłem się w tak złym stanie. Zwłaszcza że z ich min widziałem, jak bardzo się martwili.
– Dobrze. Ale sam niewiele wiem. Przez pierwszych parę dni byłem zupełnie nieprzytomny…

* * *

Magiczny odpowiednik o niebo lepiej.

6 komentarzy:

  1. Jejuniu! Naprawdę przyjemny rozdział. Jak zawsze na medal.
    Coraz bardziej mam ochotę założyć anty-fanclub Quint'a. Jak ten facet mnie irytuje.
    Martwię się o moje szczeniaczki. Ostatnio które opowiadanie bym o nich nie przeczytała tak zawsze zaczyna się dziać między nimi coś bardzo nie ok.
    Remusie, kochanie. Osobiście uważam że blizny dodają ci uroku.
    Przekaż mu to ode mnie.
    Łaknę kolejnego rozdziału! Dziękuję za ten!

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetnie się czyta. Żałuję, że odkryłem cię dopiero teraz. A czemu już nie dodajesz nic nowego? Jest szansa na reaktywację blogu? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, dzięki za komentarz. Niestety nie ma żadnych szans na to, że wrócę do historii Remusa. Blog zawieszony jest na stałe. Jak napisałam na Facebooku, WG jest dla mnie bardzo starym projektem, z którego już jakiś czas temu wyrosłam. Obecnie jestem w trakcie tworzenia własnego fantasy o nastolatkach i to właśnie ono zacznie ukazywać się na tym blogu za kilka miesięcy.
      Pozdrawiam,
      MP

      Usuń
  3. Witaj… chciałam ci podziękować… twoje opowiadanie… on zmieniło mi życie. Dzięki niemu poznałam yaoi, a to zapoczątkowało u mnie wiele przyjaźni… niektóre trwają już pół roku. Zmieniłam się na lepsze… a to wszystko, dzięki temu opowiadaniu. Co więcej… uratowałaś pisząc to życie gejowi ^-^ Mój przyjaciel na pewno jest ci za to wdzięczny ;-) Szkoda że je zawieszasz… ale zawsze będzie ono częścią mnie… całuski… ~Shadow

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam nadzieję, że wróci do Ciebie wena! Zaglądam tu po jakieś nowości regularnie od ukazania się ostatniego rozdziału! Uwielbiam Twoje fanfiction i mam nadzieję, że nie umrze, bo naprawdę ma niepowtarzalny klimat i historię. Kocham Cię i to, co tworzysz!

    OdpowiedzUsuń
  5. Och, teraz zobaczyłam twoją odpowiedź do poprzedniego komentarza. W takim razie czekam na kolejną wspaniałą historię!

    OdpowiedzUsuń